Jakieś dwa tygodnie temu, tj. 20 lipca o godzinie 20:17:40 czasu centralnego minęło dokładnie 50 lat od pierwszego załogowego lądowania człowieka na Księżycu. Największe osiągnięcie w historii ludzkości, które miało dać początek wspaniałej erze podboju kosmosu. Niestety, jak to często w przypadku naszego “inteligentnego” gatunku bywa, zawaliliśmy sprawę i porzuciliśmy plany rozwoju cywilizacji kosmicznej. Program Apollo stał się obiektem westchnień Amerykańskiej Agencji Kosmicznej, która sama jest obecnie zaledwie cieniem organizacji sprzed pół wieku. Czas ruszyć do przodu, ogrom kosmosu i jego bogactwa czekają na nas. Zdecydujmy się na ten odważny krok nim będzie za późno. 

Wyobraź sobie, że 16 lipca 1969 roku znajdujesz się na przylądku Cape Canaveral na Florydzie. Setki tysięcy, czy nawet miliony osób czekają na start najpotężniejszej rakiety kosmicznej w historii. Plaże znajdujące się w okolicach platformy startowej są pełne, drogi zamknięte, w hotelach brakuje miejsc, a przy zbiornikach wodnych można zauważyć zażywające słonecznej kąpieli aligatory. Trzeba było być jedną z tych gadzich istot, aby nie dostrzec, że zbliża się coś ważnego, coś o czym będą wspominać wnuki twoich wnuków. 

Kiedy pięć potężnych silników F-1 (o ciągu wynoszącym 6770 kN na poziomie morza!) odpaliło, wszyscy wstrzymali oddech. Oto początek nowej ery w dziejach ludzkości. Jeśli wszystko pójdzie z planem, kosmos stanie się naszym drugim domem – pomyśleli z pewnością wszyscy, na czele z projektantem rakiety Saturn V, Wernerem von Braunem. Pochodzący z Niemiec naukowiec (pozyskany przez USA w ramach operacji “Paperclip”) nie bez powodu zaprojektował rakietę tak potężną. Jej osiągi znacznie przewyższały wymagania misji księżycowej. Prawdziwym celem von Brauna był bowiem Mars, nie Księżyc.

Jeśli ktoś z Was jeszcze nie zauważył, to marzenie von Brauna się nie ziściło. Program Apollo został anulowany po sześciu lądowaniach na Srebrnym Globie, a administracja Prezydenta Nixona zdecydowała, iż górę pieniędzy rozsądniej będzie przeznaczyć na budowę bezpiecznego, taniego pojazdu wielokrotnego użytku. Takie miały być Wahadłowce. Przynajmniej na papierze. W rzeczywistości okazały się horrendalnie drogie w użytkowaniu. Boczne boostery na paliwo stałe były po każdym starcie wyławiane z wielkiego zbiornika wypełnionego słoną wodą, która, CO ZASKAKUJĄCE, niezbyt dobrze wpływa na rakiety. Niezwykłe właściwości słonej wody sprawiały, że boostery musiały przechodzić za każdym razem drogi, gruntowny remont. Wracające z przestrzeni kosmicznej Wahadłowce również nie tak szybko i łatwo trafiały ponownie na stanowisko startowe. Przed startem, każda z 21 000 płytek ceramicznych chroniących pojazd przed wysoką temperaturą musiała zostać pojedynczo sprawdzona. Wspominałem już, że wahadłowce nie posiadały żadnego systemu ratującego życie astronautów podczas startu? 

Oczywiście, nie możemy tylko i wyłącznie na wspomniane Wahadłowce narzekać (to znaczy, możemy, ale mam być obiektywny, czy coś). Znacznie przyczyniły się do powstania Międzynarodowej Stacji Kosmicznej i umożliwiły serwisowanie Kosmicznego Teleskopu Hubble’a, który stał się naszym okiem na Wszechświat. Kto nie widział Głębokiego Pola Hubble’a niech pierwszy rzuci środkowym stopniem Falcona Heavy. Nikt? Tak myślałem. 

Wracając do tematu, brak systemu ratującego życie astronautów w Wahadłowcach sprawił, że śmierć poniosło 14 astronautów. 28 stycznia 1986 roku miała miejsce katastrofa promu Challenger podczas misji STS-51, a 1 lutego 2003 roku katastrofa promu Columbia podczas misji STS-107. 

Przygnębiające. Niestety kosmos jest niebezpiecznym miejscem. A zanim się do niego dostaniemy musimy wsiąść na czubek tykającej bomby, która wyniesie nas przynajmniej 100 km do góry. Jeśli już znajdziemy się w tym “pustym”, zimnym miejscu, w którym nikt nie usłyszy dźwięku tłuczących się talerzy, musimy rozwiązać kilka problemów aby przeżyć. Astronauci muszą mieć zapewnioną odpowiednią ilość jedzenia i system odzyskiwania wody. Ściany pojazdu, tudzież stacji kosmicznej, muszą być jednocześnie tak cienkie i lekkie, aby dało się je wynieść w przestrzeń kosmiczną, ale zarazem na tyle wytrzymałe aby przetrwały uderzenie mikrometeorytu lub innego kosmicznego śmiecia. Dodatkowo nie obejdzie się bez redundancji wszystkich kluczowych systemów. W kosmosie nie wejdziesz do sklepu po nową część jeśli coś się zepsuje. I nie dlatego, że akurat jest niedziela. 

Astronauci powinni mieć również zapewnioną pewną formę rozrywki i siłownię, aby nie powariowali. Warto również wspomnieć o słynnym kosmicznym promieniowaniu, które krótko mówiąc – daje raka. Warto się przed nim zabezpieczyć. 

Próbuję udowodnić, że loty w kosmos nie będą w najbliższej przeszłości tak bezpieczne jak lot z Warszawy do Nowego Jorku. Nie ważne jak będziemy się starać i jak bardzo udoskonalimy procedury. Czy to powinno stać na przeszkodzie w drodze na Marsa? Absolutnie nie. Kosmos jest niebezpiecznym miejscem i tego nie zmienimy. Przynajmniej na tę chwilę.

Musimy sobie odpowiedzieć na ważne pytanie. Czy chcemy podjąć ryzyko związane z załogową eksploracją przestrzeni kosmicznej? Jeśli nie, to ten artykuł nie ma sensu. Dlaczego chcielibyśmy polecieć gdzieś daleko, gdzie jest niebezpiecznie i wszystko dosłownie czyha by nas zabrać na drugą stronę Styksu? Przecież na Ziemi jest fajnie! Mamy piękne krajobrazy i powietrze którym możemy bez problemu oddychać. Na Marsie jest brzydko, zimno, a na plażach nie ma opalających się kobiet. Nie dlatego, że na Marsie jest mało wody, ale dlatego, że nie ma tam kobiet. 

Nie ma artykułu na Kosmicznej Propagandzie, w którym nie przytaczam słów Elona Muska. Niech więc tradycji stanie się zadość i wspomnę o czym często CEO SpaceX mówi. Nie powinno się trzymać jajek w jednym koszyku, jeśli nie mamy pełnej kontroli nad tym koszykiem. Koszyk może spaść w wyniku czego wszystkie jajka się potłuką. Tak samo, w Ziemię może trafić duży kamień w wyniku czego wszyscy ludzie się potłuką. 

W dziejach życia na naszej planecie zidentyfikowano pięć wielkich wymierań. Sześć jeśli weźmiemy pod uwagę Katastrofę Tlenową, która miała miejsce około 2,7 miliarda lat temu. Wtedy to pojawiły się na Ziemi pierwsze organizmy zdolne do przeprowadzania fotosyntezy tlenowej, co doprowadziło do zagłady organizmów beztlenowych. Tlen okazał się dla wielu z nich trucizną. 

Pozostałe pięć wielkich wymierań, to: wymieranie ordowickie (438 mln lat temu), wymieranie dewońskie (374 mln lat temu), wymieranie permskie (250 mln lat temu), wymieranie triasowe (201 mln lat temu) i wymieranie kredowe (66 mln lat temu). 

Ktoś mi powie, dlaczego życie na Ziemi miałoby nie zostać dotknięte przez kolejne wielkie wymieranie? Fakt, że żyjemy tu i teraz, czujemy się ważni i wyjątkowi nie zmienia brutalnej rzeczywistości, w której duży procent organizmów żywych (w mniej lub bardziej regularnych odstępach) zostaje wymazany z powierzchni naszej planety. Gdyby nie zagłada nieptasich dinozaurów 66 mln lat temu, ssaki mogłyby nigdy nie wyjść z cienia T-rexa i przyjaciół. Oczywiście nie byłoby wtedy również człowieka stąpającego po Księżycu, winogron bez pestek i lądujących rakiet. 

Przygotowana przez NASA grafika nie napawia optymizmem.

Do kolejnego wielkiego wymierania na Ziemi dojdzie prędzej czy później. Problem w tym, że nie wiemy, czy stanie się to jutro, czy może za milion lat. Myślę, że dobrze by było zbudować samowystarczalne miasto na Marsie, na wypadek gdyby życie na Ziemi dotknęła katastrofa. Podkreślając, że nie wiemy kiedy do wielkiego wymierania dojdzie, powinniśmy zacząć kolonizować inne planety jak najszybciej.

Organizowane co roku konferencje klimatyczne mają doprowadzić do ustalenia nowych limitów i zmniejszenia emisji gazów cieplarnianych do atmosfery. Jakby tego było mało, zmiany klimatu nie są naszym jedynym problemem. Tak jak już wspomniałem, kosmiczna katastrofa może zmieść życie na naszej planecie jutro lub za milion lat. Nie wiemy tego. Do kolizji Ziemi z kosmicznymi śmieciami dochodziło i dochodzić będzie. Asteroidy nie przestaną wpadać na kurs kolizyjny z naszą planetą tylko dlatego, że żyją na niej nagie małpy. 

Konferencje klimatyczne i wprowadzanie nowych regulacji to dobry, lecz zdecydowanie zbyt mały krok w kierunku poprawy stanu atmosfery Ziemi. Wielcy tego świata często mówią co trzeba zrobić, aby zapobiec najgorszemu. Niestety, często na samych zapowiedziach się kończy. Wszyscy wiemy, że jesteśmy blisko horyzontu zdarzeń, po przekroczeniu którego nie będzie odwrotu. Wiemy, ale często odwracamy od tego wzrok. I to się tyczy każdego z nas. 

Lubimy wspominać czasy, gdy byliśmy wielcy, gdy ludzie stąpali po Księżycu, a nasz gatunek znajdował się na krawędzi atomowej zagłady. Amerykańska Agencja Kosmiczna pozostaje od niemal 50 lat w uśpieniu. Program kosmiczny niegdyś mający na celu odnalezienie naszego drugiego domu i załogową eksplorację wszechświata dziś stał się molochem na glinianych nogach, którego najważniejszym zadaniem jest zapewnienie tysiącom ludzi pracy. NASA jest jak socjalny program dla inżynierów mających swoje najlepsze czasy za sobą i naukowców odrzuconych przez SpaceX, Blue Origin czy Boeinga. 

Pół wieku po lądowaniu człowieka na Księżycu, wiedząc że stan naszej planety się pogarsza, powinniśmy ruszyć ku Czerwonej Planecie. Być może wyciągnęliśmy wnioski z popełnionych przez nas błędów. Marsjańska cywilizacja mogłaby być dla ludzkości tym, czym Stany Zjednoczone XX wieku były dla Ziemi. Miejscem wielkich odkryć, przełomów i marzeń. Być może to z Marsa wystartuje pierwsza załogowa misja w kierunku obcego układu gwiezdnego. 

Zapomnijmy o przeszłości i ruszmy do przodu. Program Apollo najlepiej upamiętnimy kontynuując załogową eksplorację kosmosu a nie powielając jego osiągnięcia z kilkoma dodatkami.

Powinniśmy to zrobić zanim będzie za późno. O ile już nie jest. 

Bartosz Mejer Administrator
Popularyzator sektora kosmicznego w Polsce. Udzielam się głównie na tematy załogowej eksploracji kosmosu, kolonizacji Marsa oraz nowinek astrofizycznych.
5