Wczoraj wieczorem, SpaceX zostało pierwszą prywatną firmą w historii, która wystrzeliła ludzi w przestrzeń kosmiczną. W przeciwieństwie do pierwszej próby, która miała miejsce kilka dni wcześniej, pogoda tym razem nie przeszkodziła. Start, separacja rakiety, dostarczenie kapsuły na orbitę oraz lądowanie pierwszego stopnia przebiegły znakomicie. Teraz już nikt nie odważy się powiedzieć, że eksploracja kosmosu to zadanie tylko i wyłącznie dla bogatych państw. Firma Elona Muska rozpoczęła nową erę, która zaprowadzi nas do pobliskich planet i jeszcze dalej.

Pech chciał, że start musiałem oglądać na telefonie siedząc w pociągu. Pomimo jakichś 20 stopni Celsjusza, miałem ciarki i było mi zimno gdzieś do momentu separacji pierwszego i drugiego stopnia rakiety. Jednak jak się okazało, start nie różnił się zbytnio od poprzednich misji zaopatrzeniowych na ISS. Nie licząc tego, że na czubku Falcona znajdowało się dwóch astronautów, których życie zależało od tego, czy tysiące procesów i mechanizmów zadziała dobrze i ani jeden z nich nie okaże się wadliwy. Koniec końców, jak wszyscy widzieliśmy (jeśli jeszcze nie widziałeś, shame on you) wszystko zadziałało perfekcyjnie. W momencie pisania tego artykułu kapsuła Dragon zbliża się do Międzynarodowej Stacji Kosmicznej i za jakieś dwie godziny powinno dojść do dokowania. I o ile sama misja się nie skończyła, przed nami jeszcze niebezpieczny powrót na Ziemię i wodowanie w oceanie atlantyckim, to zacząłem się zastanawiać – co teraz, SpaceX? Jakie są najbliższe plany firmy, która krok po kroku przybliża nas do Czerwonej Planety?

Starlink

Konstelacja satelitów Starlink rośnie w zawrotnym tempie. Dzięki temu, że podczas jednego startu Falcona 9, na orbitę zostaje wyniesionych 60 sztuk, już krążą wokół Ziemi w liczbie 420 egzemplarzy. A to dopiero początek. Ponieważ pokrycie całego globu dostępem do internetu wymaga tysięcy takich satelitów, również liczba startów niezbędnych do zbudowania konstelacji  będzie duża. Docelowo, cały system będzie się składał z 11927 satelitów. Sporo, i do czasu aż na orbitę regularnie zacznie latać Starship, o wyniesieniu setek Starlinków podczas jednej misji nie ma mowy. 

Satelity Starlink gotowe do lotu – SpaceX

Dlaczego w ogóle SpaceX zawraca sobie głowę budowaniem wielkiej konstelacji satelitarnej, kiedy to jej misją miała być kolonizacja Marsa? A no dlatego, że budowa samowystarczalnej osady na Czerwonym Globie będzie niebywale droga. Nawet przy wykorzystaniu technologii wielokrotnego użytku i radykalnego obniżenia ceny dostarczenia kilograma ładunku w przestrzeń kosmiczną, SpaceX na kolonizację Marsa nie stać.

Jednym ze źródeł dochodów firmy są lukratywne kontrakty z NASA i USAF. To prawda, przynoszą one spory zastrzyk finansowy, jednakże jest to kropla w morzu w porównaniu z tym co potrzebne. Nawet jeśli SpaceX wystrzeliłoby wszystkie satelity komercyjne jakich wystrzelenie jest planowane, zysk z tych misji byłby zbyt mały, aby myśleć o Marsie na poważnie. Przypominam, że nie mówimy tu u misji rodzaju Apollo 11. Wbicie amerykańskiej flagi i powrót do domu nie przyniesie nam żadnego pożytku. Musimy uczynić Mars naszym drugim domem, na co potrzeba będzie bardzo dużo pieniędzy.

Tutaj na scenę wchodzi Starlink. SpaceX ma nadzieję, że umożliwienie dostępu do internetu w każdym miejscu na Ziemi zapewni firmie miliardy stałych przychodów rocznie. Takie przychody, w połączeniu ze wspomnianymi wcześniej kontraktami mogą zapewnić wystarczające pieniądze, tak niezbędne do spełnienia marzenia Elona Muska.

Dlatego też, w najbliższym czasie powinniśmy spodziewać się jeszcze częstszych startów z satelitami Starlink na pokładzie. Najbliższa misja planowana jest już na najbliższą środę, 3 czerwca o godzinie 03:17 czasu polskiego.

Testy, wybuchy i biegające krowy

Pomimo napięto harmonogramu związanego z misją załogowego Dragona, firma nie spowolniła prac nad nierdzewnym potworem, postrachem przemysłu kosmicznego i pojazdem który zabierze nas na Marsa. Mówię tutaj o Starshipie, drugim stopniu będącym niejako gwiezdnym statkiem dostarczanym na orbitę za pomocą Super Heavy, który ma pełnić rolę pierwszego stopnia nowego systemu rakietowego. 

Jak do tej pory, SpaceX udało się wysadzić cztery prototypy na platformie testowej w Teksasie. Piąty jest już w drodze, aczkolwiek niewykluczone, że jego testy delikatnie się opóźnią. Ostatnia eksplozja pozostawiła bowiem platformę w kiepskim stanie. Wątpię jednak, aby firma nie była na coś takiego przygotowana. Proces budowy Starshipa jest niesamowity. Nie widziałem czegoś takiego nigdy w historii przemysłu kosmicznego. Mimo iż prototyp numer 4 (SN4) eksplodował, do testów gotowy jest już kolejny egzemplarz, SN5. Prawdopodobnie SN6 również jest bliski ukończenia, a pierwsze elementy SN7 też zostały zaobserwowane. To co opisuję jest idealnym przykładem nauki na błędach. Inżynierowie SpaceX nie ślęczą miesiącami nad przygotowaniem idealnego egzemplarza testowego. Zamiast tego produkują ich kilka na raz, na bierząco wprowadzając poprawki dzięki wiedzy uzyskanej w poprzednich testach, nierzadko zakończonych piękną eksplozją. SN4 z całą pewnością nie był ostatnim Starshipem, który dokonał szybkiej, nieplanowanej dezintegracji. 

Wiele osób się pewnie ze mną nie zgodzi, ale podziwiam ten sposób rozwoju nowej technologii. Granice wytrzymałości materiałów są nieustannie przesuwane, a różnorakie koncepcje testowane w czasie rzeczywistym na zewnątrz. Niestety, państwowe agencje kosmiczne nigdy nie będą mogły sobie na coś takiego pozwolić. 

Tak więc w najbliższym czasie na stanowisko testowe powinien wjechać SN5. Jeśli mnie pamięć nie myli, proszę mnie poprawić jeśli tak jest, niedaleko obok budowane jest kolejna platforma. Umożliwi to przeprowadzanie testów z jeszcze większą częstotliwością. Za kilka tygodni powinniśmy być świadkami “skoku” któregoś z egzemplarzy na 20 kilometrów. Kolejnym celem może być suborbitalny skok, symulacja lądowania przy wysokich prędkościach, analiza zachowania pojazdu w różnych partiach atmosfery, testowanie osłony termicznej – tego wszystkiego powinniśmy być świadkami jeszcze w tym roku. 

Kolejne loty załogowe

Wraz z dostarczeniem ludzi na orbitę, SpaceX rozpoczęło nową erę w przemyśle kosmicznym. Tak, tak – latamy załogowo w kosmos od połowy XX wieku. Nigdy jak dotąd nie dokonała tego prywatna firma. Sukces Elona Muska i tysięcy innych inżynierów otwiera tańszą i bezpieczną drogę do kosmosu. Na ten rok planowana jest jeszcze jedna załogowa misja Dragona. Następnym razem, na pokład stacji wysłanych zostanie czterech astronautów – trzech obywateli USA i jeden Japonii. W ramach międzynarodowej współpracy, kolejne misje powinny przynieść pierwszych Rosjan oraz Europejczyków wystrzelonych za pomocą Falcona 9. Niestety, zanim ktoś zada pytanie, Polska nie zajmuje się obecnie treningiem żadnego astronauty. 

Mam szczerą nadzieję, iż w końcu ruszy się coś w temacie prywatnych stacji kosmicznych. Interesującą firmą wydaje się być Axiom Space, która planuje dostarczenie własnego modułu na Międzynarodową Stację Kosmiczną. Ewentualny sukces przedsięwzięcia otworzyłby nowy rynek dla SpaceX – transport “zwykłych” ludzi na orbitę okołoziemską, a być może jeszcze dalej. Nie uważam, iż Międzynarodowa Stacja Kosmiczna, która jest miejscem badań, eksperymentów – swoistym naukowym centrum kosmicznym – powinna być zamieniana w hotel dla miliarderów. Jakiś czas temu na jej pokład wysłany został Kanadyjczyk, który za lot na pokładzie Sojuza zapłacił grube miliony dolarów. To nie jest dobra droga do “przybliżenia” nam przestrzeni kosmicznej. Prywatne stacje, hotele orbitalne – jestem jak najbardziej za. Przekształcanie ISS w resort turystyczny – nie. Ale to tylko moja opinia. Być może prywatyzacja ISS miałaby sens, jeśli zdecydowano by się na jej porzucenie. Na to się jednak na teraz nie zanosi. Przynajmniej dopóki dookoła Księżyca nie krąży jej następca, a czy do tego dojdzie, to też bardzo dobre pytanie, na które nie znam odpowiedzi, ale się domyślam. 

Tak czy inaczej, w kwestii załogowej eksploracji przestrzeni kosmicznej nadchodzą wyjątkowe czasy. Śmiem twierdzić, iż ewentualne sukcesy odniesione przez prywatne firmy na tym polu, zmienią oblicze ludzkości na lepsze. Niewykluczone, iż daję się za bardzo ponieść emocjom, które po załogowej misji nie do końca we mnie opadły. Mam jednak nadzieję, że sukces SpaceX oznaczać będzie nie tylko początek nowej ery w historii podboju kosmosu, ale i ludzkości. Za 100 lat, to właśnie 30 maja 2020 roku wspominany będzie jako początek nowej epoki. Epoki kosmicznej. 

A przynajmniej mam taką nadzieję. 

 

Bartosz Mejer Administrator
Popularyzator sektora kosmicznego w Polsce. Udzielam się głównie na tematy załogowej eksploracji kosmosu, kolonizacji Marsa oraz nowinek astrofizycznych.
5